Zasłona, która zjada pokój
Zasłona wisi na szynie, która nie domyka się do ściany. Z jednej strony zostaje prześwit, czy chcę, czy nie. Zasłona jest czarna, grubsza niż potrzeba do snu, i kiedy zsunę ją na środek okna, pokój traci połowę tego, czym był rano. Biurko zostaje. Ściana zostaje. Znika podłoga przy kaloryferze, bo oko nie ma tam za co złapać. Mówię, że zasłona zjada pokój. Nie zjada mebli. Zjada różnicę między meblem a cieniem. Szyna pyli, kiedy sunę kółkiem, i pył siada na czerni zasłony jaśniejszą kreseczką. Zdmuchuję ją. Kreseczka wraca niżej, przy brzegu, i zostawiam, bo i tak zejdzie przy następnym praniu, nie dziś. Kreseczka pyłu przy brzegu jest jaśniejsza od zasłony i przez to zdradza, gdzie sunęłam kółkiem. Zostawiam ją jako ślad dzisiejszego ustawienia.
Dziś zasuwam ją prawie do końca, zostawiam szparę na szerokość dłoni. Szpara jest narzędziem, nie ozdobą. Przez nią wchodzi pas światła i kładzie się na deskach, krzywo, bo szyna wisi minimalnie niżej z prawej. Pas jest wąski. Wystarcza, żeby zobaczyć sęk w desce i kurz, którego nie starłam przy nodze biurka. Reszta pokoju stoi w czerni zasłony jak w kulisie. Aparat biorę bez lampy. Lampa by zjadła szparę i zrobiła z zasłony płachtę. Pas na deskach jest na tyle wąski, że notes przy biurku zostaje w cieniu. Nie przenoszę lampy. Jeśli do czytania trzeba więcej, wstanę i odsłonię szerzej, a zdjęcie zrobię osobno. Notes w cieniu da się czytać, jeśli pochylę kartkę do szpary. Nie pochylam. Czytanie ma swoje miejsce przy biurku, nie na podłodze pod zdjęcie.
Kadr ustawiam tak, żeby pas był przy krawędzi, nie w środku. Środek należy do czerni. Jeśli dam czerń tylko jako ramkę, wyjdzie ilustracja do katalogu. Nie chcę katalogu. Chcę pokój, w którym da się siedzieć. Siadam na podłodze, plecami do ściany, i patrzę, czy pas przeszkadza mi w czytaniu notesu. Nie przeszkadza. Notes i tak czytam przy biurku, a tu tylko sprawdzam, czy czerń jest do zniesienia przez godzinę. Jest. Słyszę kaloryfer. To pomaga bardziej niż dodatkowe światło. Godzina na podłodze jest cichsza niż godzina przy oknie. Kaloryfer stuka raz, potem milknie. Czerń zasłony nie grzeje i nie chłodzi. Tylko odcina podłogę, dopóki szpara żyje. Stuk kaloryfera wraca po chwili, pojedynczy, i dzięki niemu wiem, że pokój nie zniknął razem z podłogą. Dźwięk trzyma meble, kiedy oko już nie.
Wstaję i zasuwam szparę do zera, na próbę. Pokój gaśnie nierówno. Najdłużej widać rant kubka, który został na biurku, bo glazura łapie resztkę. Potem rant też schodzi. Stoję i liczę oddechy, nie sekundy na głos. Po kilku oddechach oko dopowiada kształty: krzesło, stos książek, aparat. To już nie jest widzenie. To pamięć. Otwieram szparę z powrotem na dłoń. Pamięć się wycofuje i znowu mam sęk w desce. Wolę sęk. Przy pełnym zasunięciu łapię rant kubka dłużej niż krzesło, bo glazura jest śliska dla oka. Krzesło dopowiadam z pamięci i właśnie dlatego otwieram szparę z powrotem. Pamięć nie zastępuje sęka. Sęk, który odzyskałam, ma wokół siebie jaśniejsze drewno. W pełnej czerni tego nie było. Dlatego szpara zostaje na noc, nie jako ozdoba, tylko jako próg.
Zasłona pachnie kurzem, kiedy ją ruszam. Wytrzepię ją kiedy indziej, na dworze, nie dziś. Dziś obchodzi mnie tylko to, ile pokoju oddaje i ile bierze. Przy szparze bierze mało. Przy pełnym zasunięciu bierze podłogę, a bez podłogi nie wiem, gdzie kończy się ściana. Fotografuję jedną klatkę: pas, sęk, brzeg zasłony, który nie jest prosty, bo szyna krzywa. Zostawiam tę krzywiznę. Prostowanie jej w kadrze byłoby kłamstwem o mieszkaniu. Krzywą szynę widać na brzegu zasłony jako łuk, mały, ale uparty. Mogłabym pociągnąć brzeg ręką i na klatce byłby prosty. Puszczam. Mieszkanie ma tę krzywiznę na co dzień. Łuk szyny mierzę okiem, nie linijką. Linijka skłamałaby, że da się to wyprostować przed snem. Nie da się i nie trzeba.
Wieczorem szpara zostaje. Śpię przy niej, nie przy pełnej czerni. Pełna czerń jest dobra na zdjęcie, które ma pokazać, jak mało trzeba światła, żeby przedmiot wrócił. Do spania wolę wiedzieć, że okno nadal jest oknem. Rano odsłonię szerzej, zrobię kawę i zobaczę, czy sęk, który w nocy był całym pokojem, znowu jest tylko sękiem. Zasłona wróci na bok. Pokój, który zjadła, odda bez słowa. Tak to z nią jest. Rano odsłonięcie idzie jednym ruchem i pokój wraca cały: deski, sęk, kurz przy nodze. Zasłona zostaje z boku jak złożony płaszcz. Nie zjada nic, dopóki jej nie poproszę. Złożona z boku zasłona nadal zjada wąski pasek przy futrynie. Ten pasek oddaję jej bez żalu. Reszta pokoju jest moja do kawy.
Lena Kruk. Fotografka. Pisze o czerni w ubraniu, w kadrze i w pokoju.