Nocne zdjęcie bez lampy błyskowej
Wychodzę po dziesiątej, kiedy klatka już pachnie cudzym proszkiem do prania, a nie obiadem. Aparat mam na pasku, lampa błyskowa zostaje w szufladzie. Wyjęłam ją kiedyś na ulicy i dostałam białą ścianę zamiast ulicy: twarze jak papier, tło jak wycięte. Dziś chcę noc, która jest nocą. To znaczy: ciemno tam, gdzie jest ciemno, i jasno tylko tam, gdzie ktoś naprawdę zapalił. Na schodach mijam rower oparty o kaloryfer i ściągam pasek aparatu do przodu, żeby nie zahaczyć o kierownicę. Winda stoi między piętrami. Schodzę piechotą i liczę półpiętra, nie minuty. Półpiętra przy windzie pachnie wilgocią z piwnicy. Zatrzymuję się tam na oddech i sprawdzam, czy dekiel na obiektyw jest już w kieszeni.
Na rogu świeci latarnia, jedna, z przerwą, bo drzewo zasłania część klosza. Chodnik pod nią jest mokry od popołudnia, choć deszcz już nie pada. Kałuża trzyma światło lepiej niż asfalt obok. Kucam. Kolano od razu zimne. Kadr biorę nisko, żeby kałuża była pierwszym planem, a latarnia tylko źródłem, nie tematem. Oddech trzymam przy spuście. Nie na długo. Wystarczy, żeby ręka nie pojechała w bok. Drzewo rusza się mało, ale liść przy kloszu co chwilę ucina światło. Czekam na moment, w którym kałuża jest cała, i dopiero wtedy opuszczam kolano na chodnik. Kolano na chodniku dostaje zimno przez spodnie od razu. Wstaję między klatkami, żeby nie drżeć przy trzeciej.
Pierwsza klatka jest pusta w cieniach. Widzę to od razu na ekranie: mur, który okiem jeszcze czytam, na zdjęciu jest plastrem bez fugi. Nie podciągam ekspozycji na siłę. Przesuwam się o dwa kroki, bliżej latarni, tak żeby mur dostał rykoszet światła z kałuży, a nie prosto z klosza. Druga klatka ma fugę. Ma też mój cień, długi, którego nie zauważyłam, bo patrzyłam w wizjer. Cień jest uczciwy. Byłam tam. Nie wycinam go. Jeśli przeszkadza, zrobię trzecią, stojąc bokiem. Fuga, którą odzyskałam, jest jaśniejsza od cegły i brzydsza, niż pamiętałam. Zostawiam brzydotę. Noc nie jest od poprawiania muru, tylko od pokazania, że mur nadal ma łączenia. Łączenia muru są nierówne. Jedno grubsze, jakby ktoś uzupełniał je w pośpiechu. Nie wybieram ładniejszego. Biorę to, które jest w świetle kałuży.
Bez błysku noc wymaga czasu. Nie w sensie przemowy, tylko w sensie stania. Mijają mnie dwie osoby. Jedna patrzy na aparat i przyspiesza. Druga nie patrzy wcale. Ich plecy są czarne i na zdjęciu, gdybym teraz nacisnęła, zniknęłyby w murze. Nie naciskam. Nie poluję na plecy. Czekam, aż zostanie sama kałuża, latarnia i fugi, które przed chwilą odzyskałam. Dwie osoby mijają mnie zapachem mokrego płaszcza i papierosa. Nie odwracam aparatu za nimi. Kiedy znikają za rogiem, kałuża znowu jest pusta i mogę dokończyć kadr bez cudzych pleców. Po papierosie zostaje w powietrzu słodkawy dym, który na zdjęciu i tak nie wyjdzie. Zostawiam go ulicy. Kadr ma kałużę, nie zapach.
Oko wciąż widzi więcej niż matryca. Widzę drzwi po drugiej stronie, numer, wycieraczkę. Na klatce drzwi są już prawie domysłem. To mnie nie złości. Złości mnie tylko pokusa, żeby odpalić błysk i mieć numer na siłę. Numer nie jest tematem. Tematem jest to, że noc zostawia drzwi w spokoju. Chowam pokusę razem z ręką do kieszeni płaszcza. Płaszcz jest ten sam co rano, tylko teraz waży więcej, bo wiatr ustał i czuję sam ciężar. Numer na drzwiach dałoby się doświetlić latarką z telefonu. Nie wyjmuję telefonu. Latarka jest tą samą pokusą co błysk, tylko mniejszą, i też robi z nocy korytarz. Telefon w kieszeni płaszcza stuka o klucz. Nie wyjmuję go nawet po to, żeby sprawdzić godzinę. Godzinę mówi mi ziąb w palcach.
Wracam, kiedy palce przy spuście robią się niezgrabne. W domu odkładam aparat na książki pod ścianą, nie włączam mocnego światła od razu. Chcę jeszcze chwilę widzieć pokój tak, jak ulicę: po kawałku. Potem zapalają się szafki w kuchni i czerń nocy zostaje tylko na ekranie, w dwóch klatkach. Zostawiam obie. Jedną z moim cieniem, drugą z fugą. Rano sprawdzę, czy fugi nadal tam są, czy ekran w nocy był dla mnie za łaskawy. W kuchni szafki świecą ostro i przez minutę mrużę oczy. Ekran aparatu przy tym świetle wygląda inaczej niż na ulicy. Dlatego ocenę fug zostawiam na rano, przy ścianie, nie przy szafce. Rano, przy ścianie, porównam fugę z tym, co pamiętam z chodnika. Jeśli ekran znowu będzie łaskawszy ode mnie, powtórzę noc, bez błysku.
Lena Kruk. Fotografka. Pisze o czerni w ubraniu, w kadrze i w pokoju.